11 marca 2012

„Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli.” Hebr. 13:2
Czy aniołowie zawitali do mojego domu, tego jeszcze nie wiem. Może tak. Ale od dawna nie miałam tak wielu okazji do składania świadectwa.

Europejskie Spotkanie Młodych, zorganizowane w tym roku przez Wspólnotę z Taize, w Poznaniu, stało się szansą i wyzwaniem dla naszego zboru. Szansą, gdyż mogliśmy przybliżyć 40 pielgrzymom z Hiszpanii, Słowenii i Polski, kim są zielonoświątkowcy, a wyzwaniem, ponieważ przebywając z nimi na co dzień mieliśmy nie jedną okazję, aby rozmawiać o wierze, Bogu, naszym osobistym doświadczaniu Pana Jezusa. Był to dla mnie czas dawania i brania. Postaram się wam opowiedzieć wszystko od początku.

29 września 2009: Dowiaduję się, że nasz zbór pomoże w organizacji Europejskiego Spotkania Młodych. Cieszę się, że pastor podjął taką decyzję. Nie sądziłam, że włączymy się jako kościół w przygotowania. Właściwie niewiele wiem o Taize. Szukam informacji w Internecie:
„Kiedy wybuchła II Wojna Światowa 24-letni wówczas Roger Schulz, pastor ewangelicko-reformowany, był pewien, że powinien nieść pomoc innym. Opuścił Szwajcarię, by zamieszkać w małej wiosce Taizé, we Francji. Było to dobre miejsce, by przyjmować uchodźców uciekających przed wojną, w szczególności Żydów.
Jesienią 1942 r. brat Roger sam musiał uciekać, gdyż odkryto jego działalność. Ukrył się w Genewie, gdzie wraz z innymi mężczyznami rozpoczęli życie wspólnotowe. Pragnieniem brata Roger stało się stworzenie wspólnoty, która w centrum swego życia umieściłaby dwie podstawowe rzeczywistości ewangeliczne: prostotę i dobroć serca. Powraca do Taizé w 1944 roku, by zrealizować tę wizję. Wraz z pozostałymi braćmi podejmują się opieki nad osieroconymi dziećmi. Niosą też pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza najuboższym. Przez następne lata do wspólnoty przyłączają się kolejni młodzi mężczyźni. W Wielkanoc 1949 roku siedmiu z nich zobowiązuje się do zachowywania celibatu, do życia wspólnotowego i do coraz większej prostoty. Z biegiem lat do braci protestantów zaczęli dołączać katolicy.
Brat Roger umiera tragicznych okolicznościach 16 sierpnia 2005 roku. „
Dzisiaj założzona przez niego Wspólnota liczy ponad stu braci. Są wśród nich katolicy i protestanci z różnych Kościołów i krajów. Do Taizé przyjeżdżają chrześcijanie różnych wyznań. Z roku na rok liczba odwiedzających Taizé zwiększa się. Bracia wyjeżdżają też w różne części świata, aby wesprzeć młodych ludzi w poszukiwaniach Bożego pokoju i pojednania. Pod koniec każdego roku odbywają się spotkania w jednym z dużych miast europejskich. W 2010 roku miał to być Poznań.

Październik: Wraz z Martyną i Kubą tworzymy „zborową grupę przygotowań”. Spotykamy się z wolontariuszem z Taize – niemiecką luteranką Felicją – która odpowiada za koordynację przygotowań m.in. w protestanckich kościołach. Oprócz nas do pomocy w organizacji spotkania zgłaszają się Kościoły Metodystyczny i Ewangelicko-Augsburski. Jestem zaskoczona zaawansowaniem przygotowań i logistyką przedsięwzięcia. Otrzymuję informator ze szczegółowymi wytycznymi. Wiem już teraz, co należy przygotować. Krok po kroku. Felicja na nabożeństwie przybliża zborowi, czym jest Taize i Spotkania Młodych. Trudno mi jeszcze ocenić nastroje panujące w zborze. Zdaję sobie sprawę, że pojawią się zwolennicy i przeciwnicy. Których tym razem będzie więcej?

Listopad: Dzielimy się obowiązkami. Kuba przygotowuje mapki dojazdu do rodzin, plakaty, przyjęcie w dniu przyjazdu w kościele oraz wystrój kościoła. Martyna, jako doświadczona uczestniczka kilku spotkań europejskich, angażuje się w przygotowanie modlitwy wszystkich pielgrzymów na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Ja odpowiadam za znalezienie rodzin, które przyjmą pielgrzymów.
Razem musimy zorganizować dwa spotkania przedpołudniowe w zborze oraz wieczorne spotkanie noworoczne. A 1 stycznia goście mają wziąć udział w naszym porannym nabożeństwie. Co tydzień nawołujemy w kościele o otwarcie swoich domów. Gospodarze oprócz noclegu proszeni są o zapewnienie skromnego śniadania i noworocznego obiadu. Do końca listopada deklarację gościny składa sześć rodzin. To mało.

Pierwszy tydzień grudnia: Czas goni, a ja wciąż nie mam zamkniętej listy. Nie wiem, gdzie umieszczę 16 gości. Rozpoczynam indywidualne rozmowy. Niektórzy wyjeżdżają, niektórzy nie mają warunków, ale są i tacy, którzy nie są przekonani, czy powinni się angażować w Spotkanie. Tych ostatnich jest niewielu. Na szczęście wspiera nas też pastor. Wieczorem otwieram Biblię i czytam o Jezusie, który jadał z celnikami i grzesznikami, co więcej nazywano Go ich przyjacielem ! Przebywał również w domu faryzeuszy. Gościł u ludzi bez względu na ich stan posiadania, poziom pobożności, poglądy religijne. Spotykał się z nimi. I to ich zmieniało.

Drugi tydzień grudnia: Szukamy chętnych do grania i śpiewania kanonów z Taize. Choć nie są tak dynamiczne jak nasze pieśni, to jednak niosą głębokie przesłanie. Często to fragmenty psalmów. Śpiewane w wielu językach, też po łacinie. Zespołu w tym czasie nie będzie, więc szukam zastępców. Los pada na mojego męża. Ściągamy video z YouTube i zaczynamy naukę. Na szczęście wcześniej otrzymaliśmy śpiewnik z nutami. Czwartkowe nabożeństwo wypełniają śpiewy z Taize. Czytamy Pismo Święte, snujemy refleksje w ciszy. To inaczej niż zwykle, ale czy to znaczy że gorzej? Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek, Bóg patrzy na serce.

Trzeci tydzień grudnia: 30 pielgrzymów z mojej listy ma już gdzie spać, a co z pozostałymi? Nasza opiekunka do dzieci pyta o mój nie najlepszy nastrój. Opowiadam o problemie. Bez wahania deklaruje gościnę dla 2 osób. Pytam, czy nie będzie to dla niej problemem, że ona katoliczka, zostanie włączona na listę rodzin z Kościoła Zielonoświątkowego. Nie widzi żadnego problemu. – W końcu chodzi o to, aby pielgrzymi mieli gdzie spać i zjeść, prawda? – mówi. – Panie, dlaczego nie wszyscy tak myślą? – przelatuje mi przez głowę.
W sobotę uczestniczę w ostatnim spotkaniu organizacyjnym połączonym z modlitwą wszystkich grup przygotowań z całego Poznania. W kościele jest bardzo zimno, ale w duszy jest mi ciepło. Zamknęłam listę. Dowiaduję się, że będziemy gościć 10 Hiszpanów, 15 Słoweńców i 15 Polaków. Zapowiada się fajne międzynarodowe spotkanie.

27 grudnia: Zaraz po świętach wracamy z dziećmi do Poznania, by przygotować dom dla pielgrzymów. Przyjmujemy 6 osób.

29 grudnia: Przygotowujemy w zborze kanapki dla przybywających pielgrzymów. Ustawiamy stolik do rejestracji. Pierwsi zjawiają się Słoweńcy. Przeważają młode osoby. Osiemnaście lat, nie więcej. Mamy w słoweńskiej grupie księdza, umieszczamy go w domu pastora. Gdy kończymy przydział Słoweńców do poszczególnych rodzin, słychać gwar przed drzwiami kościoła. To 10 pogodnych, wesołych Hiszpanów wycieńczonych długą podróżą. Wybieram sobie dwóch najweselszych i przydzielam do mojego domu. Mamy też kolejnego księdza.
Na końcu zjawiają się Polacy, zdziwieni, że trafili do protestantów. Jak sobie z tym faktem poradzą? Czy w tych dniach uda nam się znaleźć bardziej to, co nas łączy, niż to co nie dzieli? Po wieczornej modlitwie na targach nasza międzynarodowa grupa wraca do zboru, gdzie czekają już rodziny, gotowe, by zabrać ich do swoich domów. Rozpoczynamy kolację o 22:00 z dwiema Słowenkami, dwiema Polkami i dwoma Hiszpanami. Padają pytania o to, kim są zielonoświątkowcy. Mamy cudowną łaskę, by dzielić się z nimi naszymi świadectwami już pierwszego dnia. Opowiadamy o Bogu, który nas zbawił.

30 grudnia: Po śniadaniu jedziemy wspólnie do zboru, by modlić się i czytać Biblię. Mimo przygotowań nie jesteśmy mistrzami w prowadzeniu ludzi w pieśniach Taize. Na szczęście jest kilka osób z polskiej grupy, które doskonale sobie radzą. Czytanie z drugiego rozdziału Ozeasza. Jeden z moich ulubionych fragmentów. Po porannym spotkaniu w kilkuosobowych grupkach, dzielimy się przemyśleniami na temat wyboru między naszymi pragnieniami. Wcześniej, krótkim słowem dzieli się jeden z braci z naszego zboru. Mówi o najważniejszym pragnieniu w ludzkim sercu, by nawiązać osobistą relację ze Zmartwychwstałym Panem. Przechodzimy do salek, by odpowiedzieć na pytania zapisane w programie spotkania: „Z czym kojarzy mi się słowo pragnienie? Za pomocą jakich słów mogę opisać poszukiwanie Boga? Czy dobrze jest oczekiwać dużo od życia i od Boga?” Rozmawiamy o naszych postawach. Tłumaczę, jak rozumiem Bożą łaskę. Składam świadectwo nawrócenia. Uwielbiam opowiadać o tym, co uczynił mi mój Pan. Wychodzę zbudowana, widzę, że podobne odczucia ma mój mąż, uczestniczący w innej grupce. Pielgrzymi jadą na targi. Wracają do naszego domu wieczorem. Mimo późnej pory jemy kolację i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy… Po drugiej kładziemy się spać na 4 godziny.

31 grudnia: Po porannej modlitwie w kaplicy zborowej, świadectwo składa jeden ze zborowników. To brat, który wyjechał do Walii na studia. Opowiada o dzieleniu się swą wiarą z innymi, o zaangażowaniu studentów z różnych denominacji we wspólną ewangelizację campusa. Wielu słuchających to studenci. W rozmowie zastanawiamy się, co to znaczy „zajmować się otaczającym światem”. Hiszpański nauczyciel etyki opowiada o swojej pracy wśród afrykańskich dzieci ulicy, o tym jak wyjeżdża co dwa lata w wakacje na misję, by pomagać najuboższym. Zawstydza mnie, myślę o tym, jak ja spędziłam ostatnie wakacje. Mój mąż opowiada mi o świadectwie hiszpańskiego księdza. Wieczorem w prawie każdą sobotę wychodzi z młodzieżą z parafii na ulicę, by spotykać się z młodymi ludźmi, których celem jest spędzenie weekendowej nocy na alkoholowej balandze. Rozmawiają, zapraszają ich do zabawy bez trunków. Do samego rana prowadzą z nimi na ulicy rozmowy, by zabrać chętnych na poranną mszę. Zdumiewające. Myślę o mojej ostatniej ulicznej ewangelizacji, to było dawno temu…

Od 21:00 przygotowujemy w zborze Sylwestra. Pielgrzymi zjawią się po 22:00, więc mamy trochę czasu, aby przygotować posiłek. Po dziewiątej dzwoni do mnie niezidentyfikowany numer. Pan z drugiej strony informuje mnie, że ma w domu zgubę, jednego z moich Hiszpanów, który zabłądził w mieście. Nie zna angielskiego, polskiego tym bardziej. Jedyne, co umożliwia komunikację, to mój telefon na kartce, którą ma przy sobie. Jestem gotowa po niego jechać, ale mój rozmówca słysząc, że przygotowuję w kościele Sylwestra dla pielgrzymów, deklaruje, że go przywiezie. Jestem zaskoczona jego uprzejmością. O 23:00 rozpoczynamy modlitwę o pokój na świecie. W Nowy Rok wchodzimy z pieśnią: „Królestwo Twe, Panie, pośród nas jest: Twój Duch, sprawiedliwość, pokój, więc przyjdź, wprowadź nas do bram Królestwa Bożego”.
Po życzeniach i posiłku zborowy zespół „Take my life” gra rockowo dla Chrystusa. Wszystkim się bardzo podoba. Po spokojnych pieśniach Taize, to duża odmiana. Następnie uczymy się nawzajem różnych sposobów świętowania. Słoweńcy uczą wszystkich, jak zatańczyć polkę, Hiszpanie wprowadzają zabawę ruchową, a Polacy zapraszają do średniowiecznego belgijskiego tańca, który staje się hitem sylwestrowej nocy. Już dawno tak dobrze się nie bawiłam! Pielgrzymi również. I kto by wcześniej przypuszczał, że w naszym zborze jest to możliwe. Wracamy do domu o 4 nad ranem.

1 stycznia 2010: Jedziemy na noworoczne, zborowe nabożeństwo. Kaznodzieja odwołuje się do słów jednej z pieśni śpiewanej w Taize, autorstwa protestanckiego teologa, Dietricha Bonhoffera: „Boże spraw, by myśli moje zwrócone były ku Tobie. U Ciebie jest światło, Ty nie zapominasz o mnie. Przychodzisz mi z pomocą, jesteś cierpliwy. Twych dróg nie rozumiem, ale Ty znasz moją drogę.” Podkreśla indywidualny charakter każdej z dróg, ale taki sam cel – spotkanie z Chrystusem.
Wracamy do domu na pierwszy wspólny obiad. Podaję tradycyjne polskie potrawy: zupę cebulową i gołąbki, a na deser sernik. Niespodziewanie otrzymujemy od naszych gości prezenty: słoweński miód, szynkę parmeńską, oraz hiszpańskie wino. Jesteśmy poruszeni. Robimy wspólne zdjęcia. Po 15:00 wyjeżdżają na spotkania narodowe w różnych częściach Poznania. Wracają po 21:00. Wszyscy jesteśmy już bardzo zmęczeni. Idziemy spać przed północą.

2 stycznia: Podczas porannej, ostatniej wspólnej modlitwy w zborze czytamy fragment z drugiego rozdziału listu do Efezjan. Myślę o moich gościach. Już nie są dla mnie „obcymi i przybyszami”. Ich pobyt wzmocnił mnie w wierze, przeżyłam to, o czym napisał Apostoł Paweł: „Wznosicie się we wspólnym budowaniu”. Jestem przekonana, że wspólne szukanie Boga, refleksje, rozmowy, studiowanie Słowa, to droga, którą powinniśmy kroczyć. To umożliwi nam szerzenie Dobrej Nowiny. Aż po krańce ziemi.
Potem jeszcze podziękowania, wymiana adresów mailowych, ostatnie słowa zachęty, pożegnania. A następnego dnia znajduję na Facebooku wpis z Hiszpanii o naszym zborze: „Perfect church”. – Daleko nam do miana doskonałego kościoła – myślę. Ale to miłe, że tak przyjęto nasze świadectwo. Uśmiecham się, zmęczona. Otwieram ewangelię Mateusza. Czytam. „Bo byłem przybyszem i przyjęliście Mnie”.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie „Chrześcijanin” nr 1/2010

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter