11 marca 2012

Zdawać by się mogło, że o konieczności ustalenia priorytetów w życiu powiedziano już wszystko. Być może to prawda. Kłopot jednak w tym, że nie zawsze priorytety te są właściwe, a jeśli nawet są, to ustawione bywają w niewłaściwej kolejności. Oczywiście, nikt nie powinien uzurpować sobie prawa do narzucania innym priorytetów, które on uznaje za najwłaściwsze. To, przez co w naszym życiu przechodzimy, bywa jednak często rezultatem priorytetów, jakie przyjęliśmy. Nie zawsze, ale często.
Każdy z nas stworzony został do wolności, a ta z kolei, domaga się spontaniczności. Czy priorytety nie stanowią w takim razie bariery tłumiącej naszą wolność i spontaniczność w codziennym wyrażaniu tego, kim prawdziwie jesteśmy? Priorytety mają przecież sens wtedy tylko, gdy się ich trzymamy. Jeśli mamy się ich trzymać, jeśli mamy postępować według wcześniej przyjętych zasad, co stanie się z naszą wolnością? Czy ustanawiając w naszym życiu priorytety nie ograniczamy samych siebie, narzucając sobie już zawczasu co, w jakiej kolejności i kiedy powinniśmy robić? Wielu odnajdzie w tym niepotrzebną komplikację życiową, pragnąc, by każdy dzień był przeżywany spontanicznie, w wolności, a nie według jakichś wcześniej ustalonych szablonów. To przecież nudne i przewidywalne. Rzecz jednak w tym, że jeśli przeciwstawiamy priorytety naszej osobistej wolności i spontaniczności, mówiąc: „Dla mnie najważniejsza jest jednak swoboda i możliwość modyfikowania tego, co robię w zależności od sytuacji”, to właśnie tym dokładnie stwierdzeniem dajemy wyraz przyjęcia naszego własnego życiowego priorytetu! Priorytet to przecież coś, co uznaję za najważniejsze, w tym wypadku wolność i spontaniczność w działaniu. Paradoksalnie, ktoś mógłby uznać, że „moim priorytetem życiowym jest trzymać się z dala od wszelkich priorytetów”!
To dziwne, że w przyjęciu pewnych życiowych priorytetów upatrujemy czasem zamach na naszą osobistą wolność i swobodę w spontanicznym wyrażaniu samych siebie, podczas gdy od innych oczekujemy, by takimi priorytetami się kierowali. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że jesteśmy na pokładzie samolotu. Tuż po starcie, gdy komunikat „zapiąć pasy” zostaje wyłączony, przez głośniki rozlega się głos pilota: „Witam państwa. Mówi wasz kapitan. My – tu za sterami – czujemy wolność przestworzy i spontaniczność. Czeka nas wspaniała podniebna przygoda. Wiem, że wykupili Państwo bilet na określony rejs, lecz bądźmy spontaniczni. Nie dajmy się ograniczyć i zaszufladkować. Proszę się odprężyć, bo nie wiemy dokładnie, jak, kiedy i dokąd dolecimy. Za chwilę podamy przekąski i napoje, chyba, że kuchnia pokładowa wpadnie na inny pomysł”. Bądźmy szczerzy. Ilu z nas w takiej sytuacji byłoby szczęśliwych? Od pilota, profesjonalisty, oczekujemy, by jego priorytetem było dostarczyć nas bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Od operującego nas lekarza raczej nie oczekujemy spontaniczności i rozwinięcia skrzydeł wolności w manipulacjach skalpelem. Wolimy raczej, by trzymał się skrupulatnie tego, co naszym zdaniem powinno być jego priorytetem: bezpieczeństwo pacjenta, skuteczność i maksymalne ograniczenie rozległości zabiegu. Skoro nie mamy problemu z uznaniem konieczności występowania priorytetów w życiu innych ludzi, dlaczego mamy z tym kłopot w naszym własnym życiu?
Moje dotychczasowe doświadczenie w życiu, pracy i służbie dla Boga wskazuje na to, że istnieją (prócz zapewne wielu innych) dwa najczęstsze powody takiego stanu rzeczy. Pierwszy związany jest z tym, że choć nie obawiamy się formułować i stosować naszych własnych priorytetów, to przyjmowanie na siebie priorytetów, właściwszych niż te nasze własne, stanowi już dla nas problem. Obawiamy się, że nie podołamy. Znamy przecież dobrze samych siebie. Wiemy, że nasza determinacja kończyła się w przeszłości po kilku tygodniach lub najwyżej miesiącach. Znamy te noworoczne postanowienia o tym, że wreszcie zacznę zdrowo żyć, więcej się ruszać, poświęcać więcej czasu dla rodziny, więcej czytać i rozmyślać nad Biblią. Te noworoczne postanowienia mają często krótki żywot i kiedy doznamy porażki w ich realizacji, zaczynamy ciskać kamieniami w samych siebie, oskarżając się o to, że jesteśmy życiowymi nieudacznikami i słabeuszami, którzy nie mają co liczyć na osiągnięcie tego potencjału, który Stwórca ukrył w nas przy samym stworzeniu. Nie chcemy ponownie tych rozczarowań, tych bolesnych przeżyć i dlatego wolimy raczej „w miarę naszych ograniczonych sił i możliwości starać się żyć jak najlepiej” niż przyjąć na siebie życiowe priorytety z gatunku: „Najpierw Bóg, potem rodzina, potem służba, praca zawodowa itd.”, a potem po raz kolejny zawieść w ich wypełnieniu.
Drugi powód, dla którego nie chcemy ustalić życiowych priorytetów i trzymać się ich, wynika z błędnego przekonania, że istnieje, tak jak sugeruje tytuł tego artykułu, alternatywa: „albo priorytety, albo spontaniczność; wybór należy do ciebie”. To tak, jakbyśmy wraz z ustanowieniem priorytetów, zainstalowali w naszym życiu ssak, którego chwalebnym zadaniem jest od tego momentu wysysać z naszego życia wolność, spontaniczność i swobodę wyrażania swojej osobowości. Nic bardziej błędnego.
W dalszej części artykułu chciałbym pokazać, w jaki sposób przyjęcie właściwych priorytetów życiowych może stać się radosnym i ekscytującym momentem, a życie według nich prowadzić naszą wolność i spontaniczność do prawdziwego rozkwitu.
W bardzo wielu dziedzinach naszego życia zwycięstwo lub porażka ma swoje korzenie w naszym sposobie myślenia (2 Kor. 10:3-4). Złe wyobrażenia potrafią trzymać nas w sidłach i blokować dostęp do poznania tego, kim jesteśmy naprawdę i co naprawdę możemy w życiu osiągnąć. Dla nas, jako chrześcijan, kluczowym jest nie tylko zrozumienie ogólnej prawdy o tym, że Bóg jest dobry, ale osobiste objawienie w sercu każdego z nas, że Bóg dla mnie jest zawsze dobry i pragnie dla mnie tylko i wyłącznie dobra (Jer. 29:11; Rzym. 8:28). Przeżycie tej prawdy i przyjęcie jej w sercu sprawia, że gdy nadciągają ciemne chmury, gdy nadchodzi życiowy kryzys, porażka, nie mamy wątpliwości, że On jest zawsze po naszej stronie. Nawet wtedy, gdy upadamy, gdy nie udaje nam się dotrzymać życiowych postanowień, On pozostaje kochającym Ojcem, który jest zawsze dobry. Jego ramiona pozostają szeroko otwarte po to, byśmy w chwili porażki biegli do Niego, a nie jak najdalej od Niego. Tylko w Jego ramionach znajdziemy pewność, że mimo upadków On nas kocha i akceptuje. Tam odkryjemy, że nie ma w Nim ani krzty potępienia w stosunku do nas. On pragnie by nasze najsłabsze strony stały się po Jego dotknięciu naszymi najsilniejszymi. Lecz tylko w Jego ramionach, tylko w kontekście intymnej i głębokiej relacji z Nim możemy zostać wyposażeni i napełnieni Jego mocą do prowadzenia czystego i zwycięskiego życia. Zrozumienie tej prawdy jest niesłychanie istotne, ponieważ gdy nią żyjemy, każda nasza życiowa walka przestaje być zmaganiem o Jego akceptację, mozolnym udowadnianiem Bogu, że warto nas kochać mimo wszystko. Przeciwnie, staje się spokojnym o dobre rezultaty egzekwowaniem Bożego zwycięstwa, gdy krok po kroku kształtuje On nasz charakter, ucząc, jak nie popełniać tych samych błędów ponownie. Czy widzieliście kiedykolwiek, by dziecko, które właśnie uczy się chodzić, po wykonaniu kilku widowiskowych „bęc” usiadło i oświadczyło: „Nie będę już więcej próbować! Chodzenie to coś nie dla mnie!”? Oczywiście, że nie! Będzie tak długo próbować, aż w końcu nauczy się chodzić bez upadków. I o to właśnie chodzi naszemu niebiańskiemu Ojcu. Życie według właściwie ustawionych priorytetów będzie nieraz przypominać te właśnie widowiskowe „bęc”. Naszym zadaniem jednak nie jest usiąść z rezygnacją i rozpamiętywać przez całą resztę życia, jak to się znów mogło stać, lecz otrzepać kolana i to, co jeszcze otrzepania wymaga, powstać i ku radości naszego Ojca próbować dalej, do skutku, powtarzając: „Pewnego dnia będę chodzić! Pewnego dnia będę chodzić!”. Dla Niego jesteś ważny! On jest niesamowity! W swojej wszechmocy potrafi każdemu z nas poświęcać jednocześnie całą swoją uwagę i miłość. Pamiętam, gdy niedawno przemawiałem w jednym z kościołów, Duch Święty pobudził mnie, bym zapytał, czy ktoś z zebranych nosił kiedyś kolczyki ze znakiem pacyfistów. Na całej sali tylko jedna kobieta podniosła rękę. Wówczas powiedziałem jej to, co czułem, że Bóg chciał jej przekazać. Zwróciłem się do niej mówiąc, że jej Ojciec w niebie zna ją dobrze i rozmawia o niej z aniołami. Jest dla Niego cenna i przygotował dla niej wspaniałe życie, niezwykłą służbę dla Niego, jeśli tylko chodzić będzie Jego drogami. Widziałem, jak bardzo wstrząśnięta była tym słowem. Prawdę mówiąc, byłem nie mniej wstrząśnięty tym, że ona była wstrząśnięta. Po nabożeństwie, gdy podeszła do mnie, zrozumiałem głębię tego, co zaszło chwilę wcześniej. Ta kobieta zwróciła się do mnie, mówiąc: „Mam tylko zawodowe wykształcenie. Zawsze byłam przekonana, że Bóg nie może użyć kogoś takiego, jak ja. Nie mam dobrego wykształcenia, nie znam języków obcych. Od tygodnia jednak w swojej desperacji wołałam ze łzami do Boga, żeby przemówił do mnie, że jestem ważna dla Niego i że może użyć nawet kogoś takiego, jak ja”. Wyobraźcie to sobie. Bóg słyszał jej płacz i pokazał jej nawet, iż wie, że nosiła przed laty „pacyfki”! Z Nim każdy z nas może mieć ekscytujące i wspaniałe życie.
Klucz do przemiany naszego charakteru i do coraz skuteczniejszego postępowania według właściwych priorytetów nie leży w zintensyfikowaniu naszych ludzkich wysiłków i zmagań. Wszyscy wiemy, że są pewne dziedziny, w których zawodzimy mimo naszych dobrych chęci i wysiłków. Klucz leży w jakości naszej relacji z Bogiem. Może to brzmieć dla nas dziwnie, lecz Apostoł Paweł w 2 Kor. 3:18 uczy nas, że nasz charakter nabiera cech Chrystusa nie poprzez reżim i przymus, lecz poprzez oglądanie. Pisze, że oglądając chwałę Pana, zostajemy przemienieni na Jego obraz. Czyż to nie wspaniałe?! Znamy dobrze to polskie porzekadło: „z jakim przestajesz, takim się stajesz”. Gdy w naszym codziennym życiu zadbamy o to, by znaleźć czas na przebywanie w Bożej obecności, rozmyślanie nad tym, jak wspaniałym, kochanym i dobrym Bogiem On jest, zaczniemy widzieć piękno Jego chwały. Zaczniemy dostrzegać, jak bardzo jesteśmy przez Niego kochani. To ożywi w nas jeszcze głębszą miłość do Jezusa, a wówczas rzeczy, które trudno przychodziło ci robić z „chrześcijańskiego obowiązku”, staną się stopniowo twoją naturalną, spontaniczną reakcją na zanurzenie cię w miłości Boga. Będziesz biec, by sprawić przyjemność i radość Temu, którego kochasz i który tak bardzo kocha ciebie.
Dlatego właśnie, rozumiejąc i szanując racje tych, którzy głoszą chrześcijańską kolejność życiowych priorytetów, a więc Bóg, rodzina, służba, praca zawodowa itd., wierzę, że to wszystko sprowadzić można do jednego priorytetu: tylko Bóg. Jeśli bowiem Bóg jest dla mnie wszystkim i jestem w Nim rozkochany bez reszty, to naturalnym przejawem mojej głębokiej relacji z Nim będzie to, że będę coraz lepszym mężem i ojcem, poświęcającym efektywny czas swojej rodzinie i dbającym o jej rozwój pod każdym względem. Głębia mojej opartej na miłości relacji z Bogiem pośle mnie do tych, którym będę mógł służyć i pomagać wydobywać na powierzchnię skarby, które Bóg w nich ukrył. Uczyni mnie to również dobrym i rzetelnym pracownikiem, studentem lub uczniem, dbającym o wspaniałość wszystkiego, czego się podejmuję.
W Liście do Galacjan Paweł opisując objawy „zapomnienia” o głębi ojcowskiej miłości Boga do nas, pisze: „Cóż się tedy stało z tą waszą szczęśliwością?”. Ta wspomniana tu szczęśliwość nie oznacza, że zawsze i wszędzie trafimy w życiu w dziesiątkę. Oznacza natomiast, że chrześcijanin świadomy tego, jak bardzo kocha go Ojciec, i codziennie wkraczający coraz głębiej w relację z Nim, będzie nawet w obliczu przeciwności i trudnych okoliczności kimś szczęśliwym. Dlaczego? Ponieważ ma poczucie całkowitego bezpieczeństwa, akceptacji i wsparcia ze strony Boga. A cóż bardziej wypełnić może żagle naszej spontaniczności i kreatywności w życiu, jeśli nie poczucie bezpieczeństwa i tego, że jesteśmy ukochanymi naszego Pana?
Radośnie odrzućmy więc tę fałszywą alternatywę: „priorytety albo spontaniczność” i przyjmijmy ten jeden, najwspanialszy priorytet: „więcej Ciebie, Panie, w moim życiu!”. Tętniąca życiem codzienna relacja z Nim otworzy przed nami pokłady spontaniczności i wolności, o jakich nawet nie marzyliśmy!

Artykuł ukazał się w „Naszych Inspiracjach nr 2 z roku 2010.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter