Nazywam się Angela Pawlowska. I chciałabym złożyć świadectwo, jedno z wielu, jak Bóg zadziałał w moim życiu.  Mówienie o tym jest tak niecodzienne, że nie wiem, jak tak naprawdę się do tego zabrać. Najprościej chyba.

Kiedy zaszłam w ciążę, pracowałam w niewielkiej firmie marketingowej.  Byłam odpowiedzialna za rynek polski. Moja praca była bardzo stresująca we względu na szefa-rasistę, który akceptował mnie tylko ze względu na pracę, jaka wykonywałam. Do moich zadań należało zorganizowanie spotkań z naszymi partnerami  biznesowymi w Polsce. Kiedy wszystko było gotowe, mój szef zabukowal lot z Heathrow.  W wieczór poprzedzający lot mój szef, księgowy naszej firmy i kolega z rynku brytyjskiego pojechaliśmy sportowym samochodem mojego szefa do Londynu do wcześniej zarezerwowanego hotelu. Był poniedziałek wieczór, po całym dniu spędzonym w pracy, szybko zapakowaliśmy walizki do auta i pojechaliśmy. Była angielska “zima stulecia”, fatalna pogoda, zimno i lód na drogach. Pędziliśmy jak szaleni wpakowani do tego auta jak sardynki do puszki. Kiedy dojechaliśmy do hotelu, usiedliśmy zmęczeni w foyer hotelowym, mój były szef zamówił picie , sprawdził parę rzeczy w swoim komputerze i oświadczył, że nie spędzimy tutaj nocy, ponieważ nasz lot z Heathrow został odwołany.  Żadne z nas nie poszło do swojego pokoju, była już 10.wieczór, a on wydzwaniał po wszystkich możliwych liniach lotniczych, żeby wydostać nas z Londynu. W końcu o północy powiedział nam, ze mamy lot następnego dnia o 11-tej, ale z Paryża, wiec wsiedliśmy w jego auto i pojechaliśmy do Francji. Podróż była koszmarna, jechaliśmy całą noc. Kiedy dojechaliśmy do Paryża, okazało się, ze i tak musimy czekać na lot do Budapesztu a dopiero z Budapesztu do Warszawy.  W końcu, po prawie 24 godzinach spędzonych w podroży dotarliśmy do hotelu w Warszawie.  Była już ósma wieczór, a 21-wszej mieliśmy pierwsze spotkanie.  Z ledwością zdążyłam się przebrać.  Kiedy dostaliśmy się na miejsce okazało się, ze jednak miałam rację i nasi klienci odwołali spotkanie pod jakimś pretekstem. Wróciłam do hotelu i położyłam się spać. Martwiłam się, żeby ta cała podróż nie zaszkodziła mojemu dziecku, ale prócz zmęczenia czułam się dobrze.

Następnego dnia rano, po śniadaniu, poszłam ze swoim laptopem do loggii biznesowej sprawdzić pocztę. Po godzinie skończyłam pracę i wstałam, chcąc wrócić do swojego pokoju, żeby się przygotować na kolejne spotkanie.  Poczułam wtedy ciepło miedzy nogami. Wsunęłam ręce miedzy uda i okazało się, że są zakrwawione. Uświadomiłam sobie, że właśnie poroniłam. Mój synek miał wtedy trzy miesiące. Miał już ręce i nogi. Wyobraziłam sobie, ze właśnie go tracę. Wpadłam w panikę. Straszliwie się rozpłakałam i zadzwoniłam do jedynej, życzliwej osoby w tej firmie, czyli do naszego księgowego, któremu i tak nie ufałam. Powiedziałam mu, że nie wiem dlaczego krwawię, chociaż wiedziałam. Zataiłam prawdę z obawy, ze mój szef mnie zwolni. Kolega wezwał lekarza hotelowego. Kiedy przyszedł, powiedziałam mu prawdę, powiedziałam, ze jestem w ciąży, że oni tego nie wiedza i nie mogą się dowiedzieć. Oczywiście, zatrzymał to dla siebie. Wezwał pogotowie i sprowadzili mnie na dół, do karetki, która zabrała mnie do szpitala. Cały czas mocno leciała mi krew. W szpitalu błąkałam się, nie mogąc znaleźć właściwego miejsca. W końcu niemiła i opryskliwa lekarka potwierdziła, ze właśnie poroniłam i w zasadzie nic już nie można zrobić, mam tylko zrobić usg żeby potwierdzić, ze moje dziecko umarło. Poszłam, szlochając, na to usg. Tam również nie spotkało mnie miłe przyjęcie.  Podczas usg lekarka potwierdziła, że dziecko żyje, ale traci kontakt z moim ciałem, po prostu umiera i tego nie da się zatrzymać, bo łożysko się odkleja od macicy. Byłam w stanie takiej rozpaczy i histerii, ze trudno to opisać. Mój stan psychiczny pogarszał sprawę, bo wysokie ciśnienie krwi spowodowane stresem jeszcze szybciej odklejało łożysko. Zadzwoniłam po taksówkę i wróciłam do hotelu. Odwołałam wszystkie spotkania. Mój szef wściekły zabukował bilety powrotne do Londynu i dwie godziny później nie było już ich wszystkich ze mną.  Leżałam w hotelowym łóżku, krew mi ciągle leciała strumieniami, a ja płakałam. Wiedziałam, ze to już koniec.  Zaczęłam się modlić. Myślę, że w tamtej chwili obiecałam Bogu za ocalenie życia mojego synka wszystko, co tylko możliwe. Naprawdę błagałam Go o cud. Prosiłam, żeby uratował mu życie, chociaż sprawa była beznadziejna…

Zadzwoniłam do swojego lekarza w Poznaniu I do siostry. Lekarz, z braku dostępnych leków, kazał mi się napić wina, żeby obniżyć ciśnienie, powiedział, że musimy się spotkać jak tylko to możliwe. Pojechałam taksówką na dworzec I wsiadłam do pociągu do Poznania. W Poznaniu czekała już na mnie siostra I szwagier. Ponieważ była to już noc, nie mogłam się spotkać ze swoim lekarzem, pojechałam tam następnego dnia rano. Dał mi zastrzyki I leki na podtrzymanie ciąży które miałam brać do końca ciąży. Ja tylko chciałam usłyszeć, że mój syn przeżyje. Ale nikt nie mógł dać takiej gwarancji, tylko Bóg.

I dał. Kiedy wróciłam do UK, tutejsi lekarze odmówili mi leczenia. Kazali zaprzestać brania tych leków ponieważ dla nich mój syn był “ciałem obcym”, które mój organizm stara się usunąć. Mimo to brałam je dalej. Co wieczór kładłam się na łóżku a Szymon dawał mi bolesne zastrzyki. Bolało, ale cieszyłam się, że mój syn ciągle jest we mnie I każdego dnia nabiera sił do samodzielnego życia.

W końcu nadszedł dzień, kiedy się urodził. Wtedy prawie znów umarł, bo Jego serce przestawało bić. Wszyscy lekarze i położne wpadli w panikę. Zdecydowali o cesarce, bo naprawdę nie można było już dłużej czekać.

Kiedy mój synek się urodził, poczułam ulgę. Ulgę, że żyje, że jest zdrowy, że patrzy na mnie. I pomyślałam wtedy, że to dziecko Boże , urodzone dla chwały Bożej. Dziecko, które nie powinno żyć, ale żyje, bo uratował je Pan. Wtedy, na porodówce powiedziałam Bogu, że mój syn będzie miał na imię Emanuel, co znaczy “Bóg z nami”, bo wiedziałam, że i wtedy i teraz Bóg jest właśnie z nami.

Wiem, że gdyby nie Bóg, nie byłoby mojego syna na świecie. Po prostu to wiem. Nie da się w logiczny sposób wytłumaczyć tego, że żyje. To właśnie dzieło Boga.

Kiedy patrze na mojego chłopczyka dziękuję w duchu Bogu, za to, że go uratował, za to, że uratował mnie, ze uratował nasze życie, bo wiem, że gdybym go straciła, i moje życie by się skończyło.

Mam nadzieję, że moje świadectwo, rzeczowe, konkretne, pozbawione egzaltacji pomoże komuś równie rzeczowemu i zbyt logicznemu uwierzyć, że Bóg ma moc zrobienia wszystkiego. Niby to wiemy, niby w to wierzymy, ale czasami, zwłaszcza, kiedy nadchodzi zwątpienie i jest ciężko, zapominamy, wątpimy.  Myślę, ze jestem dobrym przykładem- nigdy nie byłam szczególnie religijna, choć zawsze wierzyłam w Boga i nie bylo we mnie cienia wątpliwości, ze On Jest i że nam pomaga. Co innego wierzyć i teoretyzować, co innego przeżyć to i doświadczyć na własnej skórze.

Dziękuję Ci, Panie Boże, za uratowanie mojego synka i za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i mojej rodziny. Dziękuję Ci Panie za cudowne ocalenie życia, które było spisane na straty. Dziękuję Ci, Panie, że mój synek jest zdrowy, że ja żyje i ciągle mogę podziwiać jaki piękny stworzyłeś dla nas  świat.

I ostatecznie, dziękuję Ci Panie za Jezusa, który jest Mesjaszem i ocalił nasze dusze i który sprawi, że to życie tutaj, chociaż cenne, skończy się, ale odrodzi się już w Królestwie Bożym.

 

 

 

 

 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter